Dziś Beaujolais, zacznę więc od lekkiego, świątecznego wpisu. Beaujolais Nouveau zawsze będzie mi się kojarzyło z pewnym wieczorem, gdy najpierw uraczyłam zmysły muzealnymi eksponatami (tego dnia wypadała we Francji noc muzeów), a następnie wybrałam się skosztować lampkę świeżutkiego wina… niestety ta druga część była związana z obcowaniem z Francuzami, którzy wlewali w siebie imponujące ilości tego trunku, tłumacząc jednocześnie, że „dla nich to nic”, bo Beaujolais jest prawie jak sok. Ach jacy oni byli pijani… .
Samo święto Beaujolais jest bardzo silnie zakorzenione we francuskiej kulturze, nie ma się z resztą czemu dziwić- to święto ostatnich zbiorów. Pierwsze winne plony pochodzą z odmiany Gamay (posiada ona monopol na ten rodzaj wina), które uprawiane są w Burgundii. Proces określany jako pełen dbałości o jakość i nietuzinkowość, zaczyna się już od winobrania przeprowadzanego ręcznie. Gamay nie lubi czekać, proces winifikacji dzieje się bardzo szybko: po umieszczeniu całych winogron (nietypowe!) w kadzi, uwalniane są soki i aromaty. Maceracja powinna przebiegać w ciągu kilku dni, następnie sama fermentacja trwa zaledwie 4-10 dni, dzięki temu dokładnie w trzeci czwartek listopada wino jest gotowe do wypicia. Ma lekką strukturę, wiśniowy kolor i lekki, owocowy smak. Przede wszystkim truskawka i banan powinny dominować wśród aromatów.
Niestety recenzje tegorocznego Beaujolais są dość krytyczne, czterdzieści milionów butelek wypuszczonych na rynek zostało wstępnie ocenionych jako mdłe i drogie (poza Francją cena jednej sztuki sięga nawet 25 euro). Jest to o tyle niepokojące, że ten rok został uznany za korzystny dla winorośli… najbezpieczniej zasłonić się argumentem, że gusta konsumentów uległy zmianie, w obecnej chwili bardziej preferowane są wina kwaśne, z większą zawartością tanin. Zawsze jednak Beaujolais może pozostać dobrym pretekstem do spotkania w gronie bliskich osób, dokładnie w trzeci czwartek listopada.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz